Na drugiej sesji setnego Hiperpega zamiast standardowego sandboxa postanowiłem poprowadzić konkretną przygodę. Wybrałem moduł Graves Left Wanting, którego prowadzić jeszcze nie miałem okazji, a od jakiegoś czasu leżał u mnie wydrukowany. Przygoda zaczyna się od tego, że dopiero co zmarłe postacie budzą się na cmentarzysku (autor wskazuje nawet, że może to być przygoda post-TPK), więc już graczom na poprzedniej sesji dałem znać, że można zjawić się z kartą poległej postaci. Jak się okazało, zewu przygody posłuchał znany nam już Jan Kowalski.
Postacie graczy:
Czarny Robin, Heretycki Kapłan, hedonista
Jan Kowalski, Wojownik, weteran wojen religijnych
Jan Kowalski dopiero co zatonął w bagnie, gdy nagle wybudził się, zupełnie suchy, z wyjątkiem brudnej wody zalegającej w płucach i żołądku. Czym prędzej ją z siebie wyrzucił i rozejrzał się po okolicy. Znajdował się w pełnym zwłok w rozmaitym stanie rozkładu i rozczłonkowania dole w ziemi. Wkoło bzyczały chmary much. Po chwili zauważył, że jedno z ciał się rusza. Był to odziany w czarną szatę kapłan, który przedstawił się jako Czarny Robin. Ten gnany potrzebą szybkiego zarobku dla zaspokojenia swoich hedonistycznych chuci renegat w ostatnim czasie zaczął się trudnić rabowaniem grobów, za co wkrótce zawisł na stryczku. Obudził się jednak w tym dziwnym miejscu, obolały, lecz żywy. Bohaterowie połączyli siły i przeszukali dół ze zwłokami. Znaleźli trochę srebra i sznur z pętlą na końcu. Wspięli się na powierzchnię, a ich oczom ukazało się ogromne, zamglone cmentarzysko. Końca nie było widać.
Ruszyli ku najbliższemu pagórkowi, żeby rozejrzeć się po okolicy z jego szczytu. Gdy się do niego zbliżali, usłyszeli kobiecy płacz. Padli na ziemię i zaczęli się skradać. Po drugiej stronie wzgórza dostrzegli ducha kobiety w białej sukni. Niestety, Jan Kowalski narobił tyle hałasu, że zjawa ruszyła na niego, krzycząc "ukochany, wróć do mnie!". Wojownik uznał ją z swoją porzuconą żonę i próbował się z nią dogadać. Bezskutecznie, szpony zaczęły krzesać iskry na jego zbroi, a mroźny dotyk ducha sprawił, że Jan zaczął pokrywać się szronem. W ruch poszedł jego dwuręczny miecz. Czarny Robin natomiast zaczął tłuc zjawę podniesioną płytą nagrobkową, jak się okazało, skutecznie. Wkrótce bohaterowie przepędzili ją z powrotem do zaświatów.
Ze szczytu wzgórza dostrzegli jakieś mauzoleum, więc ruszyli w jego kierunku. Wewnątrz znajdowały się schody w dół, z głębin czuć było nieprzyjemny kwaśny smród. Bohaterowie zabarykadowali się na jakiś czas w budyneczku i zregenerowali siły, a następnie ruszyli w dalszą drogę bez eksplorowania podziemi. Krążąc we mgle, zobaczyli w oddali drzewo obwieszone wisielcami, ale dostrzegłszy jakieś istoty wyskakujące z mgły i podgryzające trupy, poszli w innym kierunku.
Natrafili na dół ze zwłokami, z którego akurat wychodził ożywiony szkielet. Został on szybko pokonany. Wewnątrz dołu znajdowało się wejście do podziemi. Czarny Robin zastawił je nagrobkiem i bohaterowie poszli dalej.
Dostrzegli w końcu jakieś oznaki bytności żywych ludzi. Przy murowanej, krytej strzechą chacie stało świeżo naszykowane drewno na opał, a na podwórzu wykopany grób, wewnątrz którego leżała postać w długiej czarnej szacie. Przez błony w oknach domostwa prześwitywało światło i było słychać głosy. Jan Kowalski zapukał do drzwi. Nieznajomi byli początkowo nieufni, ale wkrótce zaprosili przybyszów do stołu. Kapłanka, kupiec i strażnik, bo nimi okazali się napotkani osobnicy, opowiedzieli, że również niejako "pośmiertnie" trafili na cmentarzysko. Błąkając się po nim już od dłuższego czasu, w końcu pogodzili się z faktem, że zostaną tutaj na zawsze i organizowali sobie byt w chatce grabarza.
Nagle zerwał się lodowaty wiatr. Jan Kowalski stwierdził, że to znak, że czas zebrać się do noclegu, jednak jego plany zostały pokrzyżowane - wichura zgasiła ogień w kominku i wyrwała drzwi chaty. Rozległ się upiorny głos wzywający obecnych do powrotu do grobu - przed domem lewitował dzierżący łopatę grabarz w czarnej, powłóczystej szacie jaśniejącej mistycznymi runami. Rozpoczęła się walka. Kapłanka wkrótce poległa. Strzecha chaty stanęła w płomieniach. W końcu grabarza udało się ubić. Gęsta cmentarna mgła rozrzedziła się. Jan Kowalski chwycił trzymaną w trupiej dłoni łopatę - mgła zniknęła, w oddali widać było las, a sam Jan zaczął się lekko unosić nad ziemią. Poczuł chęć umieszczenia pozostałych obecnych pod ziemią, ale udało mu się ją przemóc. Wyprowadził towarzyszy z cmentarzyska, a następnie złamał przeklętą łopatę.
Komentarz:
Sesja zakończyła się sukcesem - bohaterom udało się opuścić cmentarz. Była to miła odmiana: w odróżnieniu od sandboxa była to przygoda z wyraźnym końcem - sukcesem lub porażką. Również w odróżnieniu od moich wcześniejszych, sandboxowych, sesji, zakończyła się grubo przed czasem, z tego co widziałem, ku rozczarowaniu obecnych, ale to po troszę dlatego, że sami gracze skrupulatnie unikali zagłębiania się w podziemia. Dla obu była to już któraś z kolei sesja, być może zaczęli uznawać lochy za miejsca niewarte ponoszonego ryzyka.
Planuję poprowadzić jeszcze kilka sesji eventowych w podobnym formacie, chociaż już raczej nie na bazie gotowych modułów, a po prostu rozmaitych konkretnie zdefiniowanych przygód na terenie Blütmarku.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz