Zmotywowany udziałem w Hiperpegu, pojawiłem się też w tym roku na Coperniconie po kilkuletniej na nim nieobecności. Zgłosiłem dwie sesje RPG, które były nie tylko pierwszymi prowadzonymi przeze mnie kiedykolwiek punktami programu na konwencie, ale i pierwszymi sesjami prowadzonymi obcym ludziom w ogóle.
Piątek olałem i na konwent przyjechałem w sobotę i zacząłem od wysłuchania prelekcji pt. "Jak napisać Boga? Poradnik dla twórców i mistrzów gry", która okazała się niezbyt ciekawa i niczego specjalnie nowego się na niej nie dowiedziałem. Jednak następny punkt programu to co innego, była to sesja Stanica na Granicy z MG, u którego grałem już na Hiperpegu. Tym razem było to OD&D z walką na zasadach Chainmaila i podeszło mi to dużo bardziej, niż Warriors of the Wasteland (chociaż również ostatecznie moja postać poległa). Oprócz mnie stawiło się ośmiu graczy i widać było, że ekipa czuje ten klimat. MG dość hojnie podszedł do naszych startowych zasobów, więc magowie zaczynali z różdżkami i kosturami, które potrafiły srogo dokuczyć na polu bitwy i każdy miał po jednego lub kilku przybocznych, więc na całą drużynę składało się ze 20 chłopa (i bab) - czyli właściwie była to mała armia. Zaczęliśmy od plądrowania kurhanów, co poszło na tyle sprawnie, że spora część drużyny była w stanie rozwinąć postacie do drugiego poziomu (wyszła z tego taka wręcz mini-kampania). Zdając sobie sprawę, że zbliża się koniec sesji, wyprawiliśmy się na najgrubszego zwierza, o jakim widzieliśmy, czyli ogromnego czerwia żyjącego na bagnach. Walka była zażarta, ale krótka, razem z drugim wojownikiem w drużynie (i dwoma przybocznymi) wzięliśmy czerwia na klaty, co doprowadziło do śmierci mojej oraz przybocznych. Cieszę się, że mogłem wziąć udział w tej sesji i przekonać się na własnej skórze, jak to jest zagrać w dobrze poprowadzone OD&D.
Potem przyszedł czas na pierwszą z moich sesji, czyli startową przygodę do Mörk Borg - Zgniłoczarny Śluz (Rotblack Sludge - lochotłuk, w którym zadaniem jest uratowanie Aldona, dziedzica Króla Cieni z lochu zwanego Przeklętą Norą). W przygodzie wzięło udział 6 osób, z czego dla jednej było to pierwsze spotkanie z erpegami. Zakładałem, że tworzenie postaci od zera nie powinno zająć zbyt długo, a tworząc postacie na miejscu, gracze będą mieli czas lepiej rozkminić ich możliwości i nastawić się psychicznie na ich odgrywanie, od tego więc zaczęliśmy. Ku mojemu zaskoczeniu, zajęło to jakieś 40 minut, ale było przy tym śmiechu co nie miara (co w sumie dzieje się za każdym razem). Hitem był Velmut - postać z 1 punktem żywotności, która wylosowała nawyk "nie użyje żadnego ostrza nie przetestowawszy go uprzednio na własnym ciele" oraz magiczny zwój, a przy użyciu zwoju zły rzut może skutkować utratą k2 HP - gracz prowadził więc postać BARDZO ostrożnie. Drużyna napotkała strażników i obie strony były skłonne się dogadać (dobry rzut na reakcję). Rzeźnik dał im zadanie zgładzić Lesdy w zamian za uwolnienie Aldona. W odróżnieniu od poprzednich drużyn, z którymi rozgrywałem tę przygodę, konwentowicze nie marudzili Rzeźnikowi, ani się nie wahali - ale za to dyskutowali przy celu, kto ma dokonać aktu, więc towarzysze Lesdy zdążyli zadźgać jednego z członków drużyny. W związku z tym, że 2 z 6 członków drużyny podczas potyczki się ukrywały, była ona bardziej zażarta, niż możnaby się spodziewać przy tak licznej grupie. Mocno dokazywał przeklęty zmiennokształtny zmieniony w szczura - jego ugryzienie ma wysokie prawdopodobieństwo sprawić, że cel będzie walczył z własnymi sprzymierzeńcam i ostatecznie Lesdy została zabita przez jednego ze swoich kolegów.
Bohaterowie dostarczyli głowę Lesdy Rzeźnikowi, który wydał im Aldona. Gracze zdawali się być wybitnie zaskoczeni tym faktem, spodziewali się zdrady Rzeźnika i konieczności dalszej walki. Jednak według tego, jak sytuacja jest opisana, Rzeźnik królewicza Aldona chciał tylko i wyłącznie po to, aby pozbyć się tej kobiety, pozbycie się go po tym fakcie powinien więc przyjąć z ulgą - zniknie powód, by kolejne grupy próbowały go napastować. Prowadząc tę przygodę, zaczęło mnie drażnić coraz bardziej, jak w gruncie rzeczy bezsensowna ona jest - jakiś bandzior władający byle dziurą w ziemi porywa królewskiego syna i na jego ratunek wysyłana jest banda obdartusów wywleczonych z lochu. Aż głupio było mi to opisywać ludziom, a w sumie dość łatwo byłoby to sensownie skorygować:
- zamiast królewicza, ratujemy syna przykładowo bogatego kupca
- zamiast "Lesdy" mamy ogólnie wrogich gospodarzowi kultystów
- przewodzi im kapłanka, ale zmieniłbym jej imię, bo Lesdy brzmi zbyt współcześnie
- w obecnej formie wydają się małym zagrożeniem dla czarnoksiężnika-rzeźnika i jego zbrojnych, zrobiłbym wiec ich więcej i dałbym kapłance jakieś moce
- zamiast szklarni, siedzą po prostu w jaskini
- z jaskini odchodzi więcej niż jeden tunel prowadzący do lochu
- z czego kilka z nich jest już zasypanych, wskutek ich poprzednich potyczek
I mamy już dużo bardziej spójną przygodę. Kiedyś muszę spróbować poprowadzić ją w takiej formie.
Po grze wybrałem się z graczami do Hipisówki i chociaż skarg żadnych nie usłyszałem, nie byłem do końca zadowolony z sesji. Najgorszy był chyba fakt, że wspomniana wyżej osoba, której był to pierwszy kontakt z grami RPG właściwie całą sesję spędziła na ukrywaniu się i właściwie nic szczególnego nie zdziałała. Nie jestem w sumie pewien jak mogłem ją zachęcić do większej aktywności, mam jednak nadzieję, że bardzo jej nie zraziłem.
Na drugi dzień konwentu miałem zaplanowaną tylko jedną atrakcję - prowadzoną przeze mnie sesję Zigguratu Śmierci. Mam wrażenie, że w tym przypadku prowadziłem trochę lepiej, może była to po prostu kwestia wcześniejszej godziny, może bardziej podpasowała mi przygoda. W Zigguracie fajne jest to, że zostawia sporo miejsca na improwizację dla MG - losowana zawartość poszczególnych heksów jest opisana bardzo ogólnie (np. "nienaruszona wieża - ukryta zawartość k3 zamarzniętych zwłok"; i tyle). Mam wrażenie, że tak i tu, jak i z moją stałą ekipą opis wypadał tak, jakby to wszystko było przygotowane z góry. Tym razem jednak drużynie się nie udało, polegli wszyscy, z wyjątkiem szczurołaka, który podobnie jak w sesji sobotniej mocno pomieszał szyki przeciwnikom.
Tutaj również tworzenie postaci trochę potrwało, w dodatku zauważyłem, że spore zamieszanie powoduje forma generowania atrybutów - najpierw sumowany rzut 3k6, potem modyfikator z klasy, potem odczytywanie jaki bonus czy malus ostatecznie mamy na karcie postaci. Straszny był z tego chaos, ludzie zapisywali wynik 3k6 w karcie, aplikowali modyfikator z klasy na samym końcu itd. Chociaż starałem się to jasno wytłumaczyć, to osobom, które pierwszy raz zasiadają do tego systemu zupełnie się nie dziwię. W kolejnych one shotach planuję więc zrezygnować tworzenia postaci od zera - zamiast tego gracze będą wybierać klasę i generować resztę moim poręcznym generatorem. Ewentualnie mniej kombinowania byłoby rzeczywiście aplikując modyfikator z klasy na końcu, będzie miał on znacznie silniejszy efekt, ale zawsze jest on wyważony (klasa generalnie o tyle samo zwiększa pewne atrybuty i zwiększa inne), nie jest to więc, moim zdaniem, problem.
Ogólnie zdaję sobie sprawę, że nie były to najlepsze sesje, ale skoro planuję grać i prowadzić teraz z większą regularnością, nastawiam się na wyrobienie większej wprawy. Uświadomiłem sobie, że w gruncie rzeczy mam dość małe doświadczenie jako MG.
W głowie krystalizuje mi się powoli plan serii sesji, które mógłbym prowadzić jako one shoty na Hiperpegach czy konwentach:
Król Wastlandu, Fathmu IX grabi własny lud, doprowadzając poddanych do niewysłowionej nędzy. Sam nie opuszcza swoich ogrodów rozkoszy, gdzie wszelkie przyjemności tego świata są na wyciągnięcie ręki. On i jego najbliżsi stronnicy wyczekują końca w istnym raju na ziemi. Król nie poprzestaje jednak na czekaniu, cały czas wysyła śmiałków, aby sprowadzali dla niego tajemnicze przedmioty o wielkiej mocy, za co nagradza ich miejscem u swego boku aż do samego Końca. Po co to robi? Ludzie mówią, że zawarł pakt z demonem, że próbuje powstrzymać lub przyspieszyć apokalipsę, otworzyć drogę do innego świata, który nie jest skazany na zagładę, czy też aby przetrwać Koniec, aby samotnie władać światem, który miałby nadejść po zagładzie naszego.
No i w takie ramy mogę sobie swobodnie wstawić wszelkiego rodzaju lochy, w których szukać będziemy wszelkiego rodzaju rzeczy, elegancko.
Podsumowując, był to pierwszy Copernicon, w którym wziąłem udział z nastawieniem stricte na sesje RPG i zakładam, że podobne podejście będę miał na kolejnych. Świetnie się bawiłem, spotkałem starych znajomych, poznałem nowych, kojarzyłem też sporo osób widzianych wcześniej na Hiperpegach - widać, że ta erpegowa społeczność cały czas gdzieś tam funkcjonuje.
Wpisy do Księgi Umarłych:
†Grosztak
†Krapark







